Nie ma wody na pustyni

Codzienne komunikaty o stanie wody na Wiśle powoli zamieniają rzekę w nieco głębszy tylko strumyk. Ostatnio w Warszawie 60 cm i wciąż opada.

Pod Ciechocinkiem przejdziemy na drugą stronę nie zanurzając kolan. Wszystko to dzieje się na rzece, która jeszcze niedawno fundowała nam żeglugę solidnymi statkami na kilkuset kilometrach od ujścia w górę. Wszystko to na rzece, która przy kolejnej powodzi grozić będzie znów zalaniem tysięcy hektarów. Co gorsza grozi Włocławkowi, Ciechocinkowi i innym miastom poniżej zapory, kataklizmem. Dlaczego z uporem godnym lepszej sprawy nie powstaje kaskada Dolnej Wisły tak jak planowano 50 lat temu?! Dlaczego chociażby nie posuwa się ani krok druga obok Włocławka zapora i nowy zbiornik?!



Te same pytania padają od kilkunastu lat, a nawet dłużej i nic się nie zmienia. Nie, no zmieniają się rządy i decydenci, a dyktat ekologów trwa. Tym razem dyktat Brukseli, która zwleka z wydaniem decyzji środowiskowej, a wody mamy przecież najmniej w Europie. Nie trzeba profesorskiej głowy, żeby zrozumieć prosty mechanizm – jest wysoka woda na rzece no to zatrzymujemy ją w zbiornikach, niska woda – spuszczamy ze zbiorników. Proste? Nie dla wyznawców wiary w tatarak, czaplę białą i kumaka, które podobno mogą być zagrożone, gdy powstaje tama. A co z ludźmi…?

Tydzień temu płynąłem po Jangcy w kierunku największej inwestycji jednorazowej w historii naszej cywilizacji – Tamy Trzech Przełomów. 175 metrów pode mną i drugie tyle wysokości zapory. Zachwyt i przerażenie. Oczywiście setki wątpliwości i pytań historyków, bo zalane kilka lat temu tereny pochłonęły na zawsze wiele zabytków. Pytania ekologów i geologów, czy granit tych niewyobrażalnie wielkich wąwozów obciążonych taką masy wody wytrzyma?

Pewne jest, że nie ma dzięki tamie od 10 lat powodzi i jest prąd z tej największej na świecie elektrowni wodnej, no i jest woda. Niezbędna, żeby uprawiać ryż. Coś za coś.
Trwa ładowanie komentarzy...